Zakładki:
A przedtem
Nałogowo
Skrzynka pocztowa
|
piątek, 04 maja 2012
Może to i dziwne, ale dużo łatwiej przychodzi mi wybrać prezent urodzinowy dla syna niż dla mojej prawie czteroletniej córki. Faktem jest, że Janek zawsze był dużo bardziej zabawkowo sprecyzowany, a Tosia nie ma żadnych konkretnych upodobań. Owszem, podoba się jej cały ten dziewczyński badziew, co jest raczej efektem obcowania z różnymi koleżankami w przedszkolu, ale w domu chętnie bawi się i wszystkim i niczym w zasadzie.
A zatem pomysłów brak. I to, że sama byłam kiedyś małą dziewczynką w ogóle mi nie pomaga. Włącza mi się dorosła realistka, która posępnie kręci nosem i pyta: po co kolejna lalka?, po co serwis, skoro herbatek nie serwuje?
Pytanie głównej zainteresowanej o zapotrzebowania i preferencje również zbyt pomocne nie jest, bo wyżej wymienione zmieniają się częściej niż dni w tygodniu. Poza tym zapytana raz podaje jeden jedyny obiekt pożądania, innym zaś razem przedstawia całą obszerną listę pragnień, z zaznaczeniem, że wszystkie są równie ważne, potrzebne i wymarzone.
Tak więc czuję się zagubiona. A Ten Dzień już całkiem tuż tuż.
m
środa, 25 kwietnia 2012
Czasem niestety muszę wyskoczyć do osiedlowego marketu z dziećmi. Braknie śmietany, albo ktoś ma pilne zapotrzebowanie na puszystą bułeczkę, a ja sama w domu z trójcą, no nie ma rady, trzeba ciągnąc całe towarzystwo ze sobą. Nie lubię zakupów z dziećmi, z wielu powodów, zwłaszcza zaś dlatego, że zawsze na coś mnie naciągną. I już nawet nie chodzi o to, że ulegam - bo gdybym chciała, to naprawdę umiałabym powiedzieć: nie i basta, ani też nie chodzi o to, że im żałuję. Po prostu, te wszystkie bleee żelki, ciasteczka, batoniki, soczki uważam za absolutnie zbędne w diecie moich dzieci. Nie chcę jednakowoż wychodzić na jędzę, albo taką mało zorientowaną crazy mamuśkę, a la ta z 'About a boy', która pakowała w młodego otręby i własnej produkcji razowiec, udając, że takie zjawiska masowe jak McDonald's nie istnieją. A zatem robię czasem dzieciom dzień dziecka i pozwalam - przy lekkiej matczynej sugestii - wybrać sobie małego osładzacza na deser.
Dzisiaj był jeden z takich dni. Janek, na moje szczęście, bardzo umiarkowany entuzjasta słodyczy, tradycyjnie i bez zbędnego rozmyślania sięgnął po lubisia, natomiast Tosia stanęła przed półką z batonami, której niemalże bezkresy przepych nie wróżył nam szybkiej ewakuacji. Lecz, że matka sprytną bywa, gadu, gadu, mały podstęp i lecimy do kasy z ptasim mleczkiem, takim mini opakowaniem, pakowanym po dwie pałeczki.
I nadchodzi puenta. Otóż moja Tosia, moja mała Tosia, z którą bardzo różnie bywa, i różowo i bardzo burzowo, i uparciuch z niej straszny, i złośnica, i nie zliczę ile to już razy nerwy mi do dna zszarpała, ta sama Tosia, wielka miłośniczka słodkości rozwaliła mnie dzisiaj następującą akcją. Otworzyła ptasie pałeczki, odłamała kawałek jednej i dała tacie, odłamała drugi i dała mamie, a sama wsunęła trzeci. Oblizała się, orzekła, że pyszne, ale drugiej nie zje, tylko weźmie do przedszkola dla swoich przyjaciół. Kazała podzielić sprawiedliwie, po równo, nożykiem, zawinąć w folię, wsunąć do siateczki i czeka ta czekoladka gotowa do wyjścia. A mnie rozpiera radość i wzruszenie, bo co z tego, że te dziewczynki nawet dobrze nie poczują smaku ptasiego mleczka, skoro moja mała córeczka zdolna jest do takiego poświęcenia w imię przyjaźni.
Ach. O ile lżejsza pójdę dzisiaj spać. Popłynę do łóżka jak obłoczek, jak to ptasie mleczko ;)
m
niedziela, 15 kwietnia 2012
Ciekawi mnie ile matek jeszcze miewa tak, że wyznacznikiem swego rodzaju sukcesu, a może nawet rodzinnego spełnienia, ba - szczęścia, jest na przykład hulająca regularnie pralka, albo szemrząca w tle zmywarka, zmieniona pościel i ręczniki, równiutka sterta prasowania. Podlane kwiatki. I to z odżywką. O kwiatkach coraz częściej zdarza mi się zapomnieć, aż dziw, że jeszcze nie padły.
Ja tak miewam, niestety. Nie to, żeby było coś złego w świeżej pościeli. Jednakowoż uważam taki stan rzeczy za swój mały, prywatny upadek. Dziewczyna z, bądź co bądź, ambicjami i możliwościami czuje się spełniona kiedy może włączyć pralkę.
O, taki sobie jeden z wielu smaczków macierzyństwa.
Kiedy dziecko kończy dziewięć miesięcy to dla mnie szczególna chwila. Bo oto właśnie następuje zrównanie okresu życia płodowego z życiem ziemskim i od tej pory każdy kolejny dzień liczy się na plus dla bytu po zewnętrznej stronie brzucha. Oczywiście cała kwestia jest mocno umowna i bez najmniejszego znaczenia, zwłaszcza dla głównego zainteresowanego, tym niemniej nurtuje mnie to ile i jak noworodek i może nawet niemowlę pamięta z życia przed życiem, czy rzeczywiście wie, że mama to jego dotychczasowy domek i ile jest prawdy w teorii kontinuum? Natura jest wielka. Tyle już wiemy o życiu, tak bardzo mocno i szybko rozwija się myśl ludzka, a jednak są rzeczy, których nigdy nie poznamy.
A Mania dziewięciomiesięczna to nieprawdopodobny słodziak. Uśmiecha się tak cudnie, że oczu nie mogę od niej oderwać. Coś tam już gada po swojemu, czasem nawet pokrzykuje i piszczy, wierci się na wszystkie strony, choć jeszcze nie raczkuje i taka się już zrobiła świadoma uczestnictwa w życiu rodziny, że nie sposób ją pominąć w najdrobniejszej nawet sprawie. Wszystko słyszy, wszystko musi widzieć i być zawsze tam, gdzie coś się dzieje. Może dlatego tak fatalnie sypia. Rekord sprzed dwóch tygodni, kiedy to obudziwszy się o siódmej, po standardowo przespanej nocy (4-5 przebudzeń na cycusia), wytrwała do godziny 19.30 z jedną 25 minutową drzemką. To moja Mania właśnie.
Już przyzwyczaiłam się do tego jej spania, pogodziłam się z tym, że przez najbliższe miesiące, może i lata, nie zaznam co to wyspać się i wiecznie będę do tyłu z dziesiątkami spraw. Początkowo się tym stresowałam, ale teraz wiem, że to w końcu minie. To tylko na razie musi tak być, ten ciągły chaos, bałagan i przemęczenie. A ja raz po raz ładuję pralkę i zmywarkę i czuję się znów zorganizowana i na medal. Spełniona.
m
piątek, 13 kwietnia 2012
W przedszkolu był teatrzyk. Przychodzę po dzieci, niespiesznie ubierają się w szatni, a my z Manią wysłuchujemy relacji z ich przedszkolnego dnia.
Janek: Przedstawienie było o złotej rybce. I był taki stary rybak... i on był biedny... i miał babę, i oni nic nie mieli, bloku nie mieli, tylko taka starą chatę walącą się... i nawet pierścionków nie mieli.
Ja: Jakich pierścionków?
Janek: No tych pierścionków na miłość.
Dobrze, że mogłam się zasłonić łebkiem Mani. Nie chcę chłopaka peszyć, dobrze mu idzie :)
Gdy głos mój odzyskał już w miarę normalne brzmienie dociekam: Na miłość?
Janek: No tych, co jak facet się ożeni i ma żonę to noszą te pierścionki.
I tak dalej.
Tyle fajnych tekstów mi umyka, tak bardzo mi żal.
Lubię przeżywać miłe chwile mojego życia i wracać do nich. Może to głupie i beznadziejnie sentymentalne, z całą pewnością niepraktyczne, ale jakie przyjemne. Lubię pamiętać jakie świetne potrafią być dzieciaki i tylko szkoda, że nie mam czasu, żeby sobie to wszystko zapamiętywać.
m
piątek, 06 kwietnia 2012
Tosia wróciła z basenu. Pływała, skakała, zjeżdżała, pełnia szczęścia i szaleństwo.
- Jakim stylem pływałaś?
- ???
- Żabką, crawlem, delfinem, motylkiem, pieskiem?
- Ludziem przecież.
Zmęczona jestem. Bo ciągle dzieją się jakieś niedobre rzeczy, które trzeba z godnością przyjąć, przeżyć, przeżuć, przetrawić i wydalić w jakiejś miłej formie. Bo Mania ciągle nie śpi jak normalne niemowlę. Bo ciągle spraw do załatwienia o wiele więcej niż czasu na ich załatwienie.
I gdzie ta wiosna? W naszym balkonowym ogródku tulipany już gotowe do wielobarwnego wystrzału, irysy i konwalie powstają, bez i brzózka się zielenią. A my na zmianę, przykrywamy bo przymrozki i odkrywamy bo dzikie słońce. Marzanny dawno potopione, a tu ponoć śniegi nadciągają.
W naszym kraju święta to pucowanie okien na błysk, świeżo uprane firanki w tych wypucowanych oknach, wytrzepane dywany, wymiecione kurze spod szaf i łóżek, i zakupy, zakupy, tony niekończących się zakupów. Ja nie robię żadnej z tych rzeczy. A żeby zrobić takie normalne, cotygodniowe zakupy muszę dzieciaki odstawić do przedszkola i z małą spróbować przetrwać jakoś jutrzejsze natarcie na tesco. Nienawidzę zakupów w takim szale i to z maleńkim dzieckiem w koszu, ale wyjścia nie ma, bo święta w końcu.
A na świątecznym stole u nas też nietypowo, ale za to prosto i szybko, bo wiadomo, czas ograniczony - będą mufinki, prosto z Chochelek.
m
niedziela, 25 marca 2012
Nie jestem eko, choć temat jest mi bardzo bliski. Szczerze podziwiam wszystkie eko mamy i naprawdę im zazdroszczę, aczkolwiek mam nieśmiałe podstawy, żeby twierdzić, że cały eko biznes jest cokolwiek przesadzony. Bo na przykład tak się składa, że jeden z placów zabaw, na który chodzimy z dzieciakami graniczy z kolorowymi pojemnikami do segregowania śmieci. I oczywiście zawsze gdy przyjeżdża śmieciara opróżniająca kontenery maluchy biegną czym prędzej, czepiają się siatki, gdzie który da radę i gapią się na to mini show aż do czasu, kiedy śmieciara znika za zakrętem. Wiele więc razy widziałam na własne oczy, jak panowie zawartość kontenera na papier wrzucają do przepastnego wnętrza śmieciary... a następnie zawartość kontenera na plastik, czy na butelki - tego akurat już nie pamiętam. Dość na tym, że co to za segregacja - ja się pytam - skoro koniec końców i tak wszystko ląduje w jednym miejscu.
Tak więc żyjmy w zgodzie z naturą i jak najbliżej niej, ale nie uprawiajmy hipokryzji.
Ale notka nie o tym. Notka o mojej i Mani przygodzie z blw.
Czytam różne takie, ale jakoś na blw trafiłam stosunkowo niedawno, zupełnie przez przypadek, dzięki pewnej genialnej mamie blogerce. Od razu mnie zaciekawiło, ale machnęłam ręką, to nie dla mnie - pomyślałam - nie mam czasu na takie ceregiele. Do czasu, kiedy Mania zaczęła się zbliżać do magicznego przełomu, kiedy to dzidzia odkleja się od cyca i zaczyna poznawać smaczki świata. Bo ja z tych, co do szóstego miesiąca tylko pierś, a potem stopniowe rozszerzanie metodą 'tradycyjną'. Tak było ze starszymi i tak miało być z Mańką, no ale właśnie gdzieś mi to blw utkwiło w głębi głowy i spokoju nie dawało. Zaczęłam więc namiętnie zgłębiać temat. Internet, książka, godziny, wieczory i noce spędzone na czytaniu i szukaniu własnej drogi w tym temacie.
Dlaczego zdecydowałam się spróbować? Propagatorzy blw wymieniają kilka jego nadrzędnych zalet, mnie średnio interesowało oszczędzanie czasu i pieniędzy - zresztą, co o tym tak naprawdę myślę będzie później. Nie zależało mi też zbytnio na szybkim usamodzielnianiu małej, nie mam nic przeciwko karmieniu dziecka łyżeczką, nigdy nie stanowiło to dla nas problemu, może dlatego, że nie wmuszałam w dzieci, jadły dokąd same chciały, a jak traciły zainteresowanie posiłkiem to przestawałam im dawać. Bardzo natomiast spodobał mi się argument, że z blw wychowuje się wszystko-jedzące dzieciaki. Tym mnie zdobyli! Ja, mama dwójki niejadków, których preferencje kulinarne są boleśnie zawężone, których nie sposób namówić na 'nowe' smaki typu kasza, ryż, czy rzodkiewka, nawet przekupstwem!, ja poczułam, że oto baby-led weaning otwiera przede mną szeroko drzwi nadziei i ulgi, że gotowanie dla dziecka i wspólny posiłek może nareszcie stać się przyjemnością i zabawą.
No dobra, tylko co dalej. Bo tak, wskazówki na początek są jasne: warzywa, owoce kroimy w słupki, żeby mała łapka mogła dobrze chwycić, co trzeba gotujemy na parze, albo w małej ilości wody, eliminujemy sól i w ogóle przyprawy, brzdąca sadzamy na prosto i serwujemy. Bałaganu staramy się nie widzieć, to naprawdę kwestia tygodni. Wszystko pięknie, tylko co, jest zima, warzyw regionalnych jak na lekarstwo, przecież nie będę jej wiecznie karmić marchewką. Oczywiście są sklepy ekologiczne, ale moja znajomość nauk przyrodniczych podpowiada mi, że i tutaj zimą nie znajdę szerokiego wyboru warzyw, poza tym ceny w tych sklepach odstraszają. Są mrożonki, i to głównie dzięki nim Mania ma zróżnicowaną dietę, ile w tych mrożonkach zdrowia, nie wiem, ale z drugiej strony czy w ogóle cokolwiek z tego co obecnie jemy jest zdrowe?
Początkowo martwiłam się o moją zdolność do urozmaicenia jej posiłków. Na szczęście internet aż kipi od pomysłów. Sporo z tego nie na moją kieszeń, sporo nie na moje możliwości czasowe, ale Mania dostaje dziennie dwa posiłki blw i bardzo jej to odpowiada. Prawda jest taka, że daję jej właściwie wszystko. Oczywiście jeszcze nie drobinki, chwyt szczypcowy dopiero trenujemy, więc nie widzę sensu drażnienia jej groszkiem, fasolą czy innymi takimi. Ale nie boję się już, Ze zje coś niestosownego do jej wieku, fakt, że głównie dlatego, że póki co mało zjada z tego co dostaje, ale też i dlatego, że faktycznie wygląda to tak, jakby wybierała to, co jej smakuje i jest dla niej odpowiednie.
Prawdy i mity? Faktycznie, Mańkę to cieszy i nas też. Jemy posiłki razem, widać po małej, że jest świadoma uczestnictwa w życiu rodziny, lubi z nami zasiadać do stołu i wręcz czeka na te chwile. Dla nas frajdą jest patrzenie jak sobie radzi z jedzeniem, jak próbuje, odrzuca, jak ją to intryguje. Faktycznie, póki co, je chętnie przeróżne rzeczy, a hitem jest np: kasza gryczana, do zjedzenia choćby ziarenka której starszaków nie mam co namawiać. Mania testuje wszelkie nowości z zainteresowaniem, czasem coś odrzuci, czasem pokocha. Trudno jeszcze mówić o prawdziwym jedzeniu, ale jeśli jej obecne zainteresowanie przełoży się na późniejsze pochłanianie, to można będzie śmiało powiedzieć, że blw rzeczywiście pozwala wychować smakowych obieżyświatów. Co do kosztów i czasu potrzebnego na przygotowanie posiłków to wrażenia mam mieszane. No bo gdyby ktoś chciał żywić dziecko słoiczkami, to czas potrzebny na przygotowanie posiłku jest wówczas bezkonkurencyjnie krótki. Jeśli zaś porównamy blw do domowo przygotowywanych papek to pewnie jest szybciej z blw, pod warunkiem, że to co gotuje się dla całej rodziny można będzie podać maluszkowi. Jak mam na obiad naleśniki to Mani muszę gotować coś ekstra, jak kotlety, to wyciągam dla niej kawałeczek zamrożonego specjalnie dla niej kurczaka, a resztę je na równi z nami. Po prostu nauczyliśmy się już jeść bez soli, zamiast surówki (ze śmietaną) wszyscy jemy marchewkę, selera, jabłko pokrojone w kawałki i tak dalej i w ten deseń. Koszty? Słoiki - wiadomo, drogie, ale gotowanie też nie tanie, zwłaszcza gdyby się chciało rzeczywiście przywiązywać większą wagę do pochodzenia żywności. A jak się jeszcze doliczy koszty zużytej wody, filtrów do wody, gazu/prądu to ja bym akurat tego argumentu nie wytłuszczała.
Bałagan. To jest problem. Mam pedantyczną naturę, to fakt, ale też mam trójkę małych dzieci. Już dawno zeszłam na ziemię z tych puchowych obłoczków, na których bujałam i nie łudzę się, że będę miała w domu czysto. Staram się kiedy mogę, ale bez przesady, naprawdę fajniej jest pójść na spacer albo pograć w memo zamiast latać po domu z mopem. Blw, niestety, wymaga tutaj poświęcenia większych nakładów czasu. Mania i tak nie jest pod tym względem rekordzistką, widywałam zdjęcia i filmiki naprawdę przyprawiające o dreszcze, prawda jednak jest taka, że po każdym posiłku muszę przelecieć ze zmiotką, szmatką i mopem, a Mani trzeba umyć rączki i buzię, a najlepiej byłoby ją też przebrać, mimo że zainwestowałam trochę w śliniaki i fartuszki. To jest ta ciemna strona. Problemem dla mnie jest nie tyle fakt, że muszę dwa razy dziennie gruntownie odczyścić krzesełko i kawałek podłogi, problemem jest to, że robiąc to tracę cenny czas. Jeszcze po śniadaniu pół biedy, jesteśmy wtedy same, więc Mania sobie siedzi i czeka, aż ja się uporam. Ale po obiedzie (który Janek i Tosia z reguły jedzą migiem - bo nie jedzą) dzieciaki czekają długo, najpierw zanim Mania sobie 'poje', a później zanim ja posprzątam, do wieczora zostaje naprawdę chwila, oni stoją nade mną i ciągle tylko słyszę: mamo, kiedy się z nami pobawisz, mamo, kiedy porysujemy razem, a ja ścieram, zbieram, myję. Tego momentu nie cierpię. Znawcy tematu zapewniają, że bałagan to kwestia tygodni... Mania jest już na blw od ponad dwóch miesięcy i nic się w tej kwestii nie zmieniło. Czekam.
Nasze spostrzeżenia. Początkowo dziecko na blw zjada mało, bądź wcale. Ten stan może trwać nawet kilka miesięcy. Może być niepokojący. Ja się jeszcze nie martwię. Mania wygląda dobrze, waży sporo, ma dużo energii. Wiem, że coś tam zjada, ale ogólnie nie ma tego wiele, myślę, że gdyby była na 'tradycyjnej' metodzie jadłaby więcej. Na razie moje mleko jej wystarcza, ale przecież nie będzie tak zawsze. Postanowiłam, że jeśli do dziewiątego miesiąca nie zacznie więcej zjadać to przemyślę sprawę gruntownie. Zwłaszcza, że do myślenia daje mi sporo to, że ona nie protestuje kiedy pomagam jej z łyżeczką. Wręcz przeciwnie, bardzo to lubi. Bo my się trochę wyłamujemy z kanonu blw. Jak mamy fajną zupkę, to ja ją karmię. Albo jak jemy ryż, kasze, które Mania bardzo lubi, nakładam jej na łyżeczkę i podsuwam, a ona chwyta razem ze mną i wprowadza sobie do buzi. Myślę, że zbytnio nie łamię zasad blw, w końcu to ona decyduje, czy chce, poza tym widzę, że jej to niezwykle pasuje, a w końcu, czy nie o to chodzi, żeby jak najbardziej wychodzić naprzeciw dziecku? Po co na siłę próbować usamodzielniać, skoro maluch cieszy się jak mama pomoże i chętniej przy tym zjada? Przy gruszce też jej pomagam. Grucha jest pyszna, ale śliska, mokra i miękka, trudno ją utrzymać w łapce tak, żeby zdążyć skubnąć zanim się rozpadnie na miazgę. Więc często ja jej trzymam gruszkowy słupek, a ona tylko steruje moją ręką i zajada. To też niekanoniczne, ale o wiele bardziej skuteczne. No i jeszcze jeden fakt dający do myślenia: kiedy jestem w pracy Mania nie dostaje już mleka, teraz dostaje słoiczkowe owoce, które uwielbia. Obiadku ze słoika nie zje za Chiny Ludowe, ale owoce bardzo chętnie je i cała się ślini na ich widok. I myślę sobie, że może ją głodzę, że ona bardzo chce być karmiona, a tak rzadko ma możliwość sobie podjeść.
Ale trwamy jeszcze przy swoim. Ostatecznie myślę sobie, że zawsze można wypracować własny sposób, wydeptać swoją ścieżkę. Mogę chyba dawać jej posiłki blw i wspomagać je łyżeczkowym dokarmianiem.
Generalnie BLW - fajna przygoda. Czy dobry i efektywny sposób na niejadka, tego jeszcze nie wiem. Jest szansa, że tak.
Czy żałuję, że przy Janku i Tosi nie miałam pojęcia o blw? Zdecydowanie tak. Fajnie jest przynajmniej móc spróbować. Poza bałaganem widzę same zalety, a już patrzenie jak Mańka radzi sobie z jedzeniem to frajda na maksa.
m
środa, 21 marca 2012
Wiosnę witamy katarem. Hucznie i wylewnie.
Nie znam wyników dzisiejszego protestu rodziców przed magistratem, nie było mnie tam, bo musiałam być w tym czasie w pracy, ale mam nadzieję, że pani wice prezydent zostanie odwołana, a wszelkie szalone pomysły dotyczące godzących mocno w rodziców, dzieci i pracowników szkół i przedszkoli innowacji zarzucone bezpowrotnie. Średnio wierzę w misję zbawczo-naprawczą, postanowiłam jednak zacząć się przeciwstawiać coraz bardziej licznym paradoksom rzeczywistości. Sceptyczna rodzina radzi dać sobie spokój, ale myślę, że nie zaszkodzi, nawet gdyby nie miało pomóc. Zbyt dużo wokół nas jawnego przegięcia, niby czemu mamy się w milczeniu godzić na wszystko.
Tydzień temu wybrałam się na dzień otwarty jednej z pobliskich podstawówek. Nie posyłam Janka do szkoły wcześniej, ale chciałam zobaczyć jak się sprawy mają, i znajomi też szli, więc wybraliśmy się razem. No i tak: mieszkam w dużym mieście, na ogromnym osiedlu (kompleksie osiedli), obecnie bodaj najprężniej się rozwijającym, pełnym młodych ludzi, rodzin z małymi dziećmi, wszędzie gdzie nie spojrzeć dzieci, dzieci i jeszcze raz dzieci. Blok na bloku, coraz trudniej się przecisnąć, coraz mniej miejsca na oddech. W starej części osiedla są dwie duże szkoły-zespoły (podstawówka i gimnazjum), część nową, nieustannie się rozwijającą, obsługują edukacyjnie dwie stare szkółki, z nowszymi dobudówkami. Wiek, przypomnę, XXI, nowoczesne, młode osiedle, szkoła z klasą, a w niej brak szatni, nieprzystosowane toalety, szaro-bure ściany i podłogi, szkolny sklepik zbity z rozpadających się ścianek z dykty, jedna sala gimnastyczna (klasy 1-3 mają gimnastykę tylko na korytarzu), stołówka jak pocztówka z PRLu, nowa, bo dobudowana, całkiem sympatyczna świetlica, dość przestronna, cóż jednak z tego, skoro dzieci zapisanych 300, a jednorazowo w szczycie naliczono sztuk 130. Nie wyobrażam sobie tylu osób na raz w jednym, tak ograniczonym miejscu, nawet jeśli są to dzieci w wieku wczesnopodstawówkowym.
Szkoła cieszy się dobrą reputacją znajdującą odbicie w wynikach egzaminów i ilości olimpijczyków, myślę sobie jednak, że choć treść najważniejsza, to jednak forma też ma znaczenie. Nie oczekuję, że znajdę dla dzieci szkołę na miarę standardów zachodnioeuropejskich, tym niemniej, pewne sprawy wydają się być oczywiste, ale jednak nie dla wszystkich.
I smutna myśl mnie prześladuje, bo skoro w jednym z naczelnych polskich miast, w bodaj najnowszej jego części drogę do wiedzy potomni nasi odbywać muszą po takich grudach, to co dopiero dziać się musi w mniejszych miastach, miasteczkach, wsiach. Marzą się nam reformy (no komu jak komu), równanie do świata, a tymczasem z placówek wieje minioną epoką, a może i nawet minionym stuleciem. Ech.
Wszędzie pogoń za pieniądzem. Budżet miasta biedniutki, pani vice każe ciąć (choć szybki tramwaj dało się zbudować i dwa wielkie stadiony też), stołówki szkolne prywatyzować, ceny obiadów mnożyć po wielokroć, za przedszkola się wziąć, zredukować co tylko się da. No, tu już ja, jako mama zgubionej przez panie w okresie łączenia grup i urlopowania pracowników dziewczynki, mogę swobodnie powiedzieć co myślę o takiej polityce. A pani vice w wywiadzie twierdzi, że ona odpowiedzialności za zgubione dzieci nie bierze, że to już w gestii dyrekcji przedszkola. Tak, z pewnością, jeśli jedna pani będzie miała na głowie pięćdziesiątkę dzieci nic absolutnie nie umknie jej uwadze.
Tak, podpisałam wniosek o zwolnienie pani vice, bez mrugnięcia powieką, bez najmniejszego drgnięcia ręki.
I w ogóle wypinam się na państwo, które ma kompletnie za nic to jakimi metodami i w jakich warunkach kształcona będzie jego własna przyszłość.
m
niedziela, 11 marca 2012
Niebezpiecznie krążę wokół słoiczka z przepysznym masłem orzechowym, w którym kilka razy zanurzyłam już łyżeczkę, a nie powinnam, więc myślę sobie, że może lepiej będzie jak zajmę ręce czymś innym.
Trudno oddać się jakiejkolwiek czynności wymagającej poświęcenia nieco większej porcji czasu, gdy się ma w domu niemowlę, które budzi się mniej więcej co godzinę, stąd ostatnio moja aktywność blogowa ponownie zmalała. Nim zacznę na dobre wgryzać się w temat znów będę musiała tulić i karmić, aż w końcu zawędrujemy obie do łóżka, gdzie dopadnie mnie sen tak szybki, głęboki (i, niestety, krótki), że o powrocie do wieczorno-nocnych poczynań mowy być nie może.
I tak oto kuleją mi ostatnio wszelkie sfery życia domowego, zawodowego i towarzyskiego, a że źle mi z tym defektem, to przebieram nogami ze zniecierpliwienia, zagryzam wargi i czekam coraz bardziej niecierpliwa kiedy wreszcie zacznie sypiać jak człowiek.
Ile powinno spać niemowlę?
Przy Janku, jak to przy pierworodnym, przeżywałam ten problem intensywnie, czytałam, pytałam, ba, nawet spisywałam i liczyłam. Do śpiochów chłopak nie należał, ale z czasem się unormował do dwóch drzemek dziennie i nawet udawało mi się coś wówczas zrobić, więc nocne wybryki znosiłam lepiej. Przy Tosi już ani czasu nie było na tego typu zabiegi, ani też głowy sobie nie zaprzątałam. Spała mało, ale jakoś wystarczało, a w nocy brałam ją do łóżka i częste pobudki nie były tak bolesne, bo nauczyłyśmy się podłączać na śpiocha. Poza tym, przy Jaśku i Tosi przez pierwszy rok nie pracowałam, więc i czasu nie potrzebowałam wieczorem na przygotowywanie się do zajęć i niewyspanie nie było takim znów problemem. Ostatecznie można było się też kimnąć za dnia jak dziecię pozwoliło.
Mania to rekordzistka w tej kategorii. Dzienne "drzemki" w ilości sztuk dwie w porywach do trzech po 20-30 minut! I zrób tu coś człowieku w tym czasie. Nocą nie lepiej. Zasypia, owszem, około 20.00, ale przeważnie w okolicach 23.00 musi się posilić tudzież poprzytulać, potem znów koło północy, drugiej, czwartej, a dalej to już nie wiem, działam w stanie totalnego uśpienia. Ostatnio mamy akcję ząbkowanie, więc - chyba z tego powodu - budzi się częściej. Jak próbowałam zliczyć ile śpi łącznie w ciągu doby to okazało się, że mniej niż sześcioletni prawie brat i czteroletnia siostra. Coś więc chyba jest nie tak. Pomysły pediatry już wykorzystałam, ale ani pozycja: plecki/boczek/ brzuszek/lekko uniesiony materac, ani światło: jasno/ciemno/roleta w dzień/mała lampka w nocy, ani temperatura: wyższa/niższa/kołderka/kocyk, ani wilgotność: mokra pielucha na kaloryfer/miseczka z wodą, ani dźwięki: hałas/cisza/muzyka/suszarka/odkurzacz nie wydają się odgrywać roli. Jak by sprawy nie rozegrać Mańka budzi się po pół godzinie drzemki i ja bym z tego nawet wcale sprawy nie robiła, gdyby nie to, że budzi się wściekła i jest ciągle zmęczona.
Czekam na lepsze czasy, wierzę, że w końcu nadejdą, ale póki co mam coraz bardziej dosyć tego, że wiecznie nie mam na nic czasu, bo nieustannie próbuję uśpić moje NIE-śpiące niemowlę.
No to słodkich snów
m
niedziela, 26 lutego 2012
Tośka, klaśnij w ręce to ci kanapka może spadnie.
m
piątek, 24 lutego 2012
Gdyby mnie ktoś zapytał o zdanie w kwestii przedszkole prywatne vs. państwowe, nie umiałabym udzielić zdecydowanej odpowiedzi na korzyść jednego lub drugiego. A mam w temacie szerokie rozeznanie: dwójka własnego potomstwa przez dwa lata w sumie testowała sektor prywatny, a teraz od września znajduje się pod opieką placówki samorządowej, a na dokładkę ja sama pracuję w przedszkolach i żłobkach prywatnych i państwowych, co prawda na występach gościnnych, ale na tyle już długo, żeby mieć pojęcie o okręcie.
A zatem znam dobrze zalety i wady obu wariantów. Podchodzę do sprawy z należytą dozą zdrowego rozsądku, nie oczekuję cudów, wystarczy mi z grubsza, że dzieci są zadowolone i chętnie oddają się w ręce 'cioć', a jak się uda wynieść z przedszkola jakąś nową przydatną umiejętność, albo kawałek wiedzy, to już pełna satysfakcja.
Przymykam oko na niedociągnięcia, staram się być człowiekiem i po ludzku oceniać pracę innych. Niby od pedagoga przedszkolnego powinno się może wymagać szczególnego podejścia, poświęcenia, serca do dzieci, ale z drugiej strony przedszkolanka to też człowiek i staram się o tym zawsze pamiętać.
A po co ten przydługi wstęp?
Bo staram się chyba sama przed sobą znaleźć usprawiedliwienie dla dzisiejszego zdarzenia. Staram się, ale nie mogę!
Mamy ferie, więc - co dla mnie nie do końca zrozumiałe i lekko irytujące - na dziesięć oddziałów działających na co dzień w naszym przedszkolu funkcjonują dwa w porywach do trzech. Jasne, że dzieci są wymiksowane i panie mają dyżury (na ile zgodne z przepisami?), nie mam z tym żadnego problemu. Ale skoro już robią sobie wolne, czyli mają mniej pracy niż normalnie, czyli są bardziej wypoczęte, to niech się laski zbiorą w sobie i wykonują tę pracę należycie. Bo mam silne poczucie, że dzisiejszy wybryk bardzo obniżył pozycję akcji placówki samorządowej.
Przychodzę po Tosię, pani 'pomoc' siedząca przy drzwiach wejściowych od progu mi woła: jest w piątce, jest w piątce. Walę więc do piątki. I jeszcze myślę sobie: fajnie, to grupa Jaśka, więc - mimo, że go nie ma - zawsze Tośce raźniej z kolegami brata, których zna, z panią Jaśka, którą też zna, no, nie spodziewam się łez, ani żadnych dąsów. Otwieram, sala pełna dzieci z grupy Janka, Tosi i jeszcze jakiejś jednej, pani R siedzi przy stoliku z jakąś dziewczynką i coś czytają czy piszą, dzieciaki się bawią w podgrupach, wszystko pięknie, fajnie, tylko ... Tosi nie ma. Rozglądam się, dwie Tosi koleżanki też się rozglądają i z automatu krzyczą: Tosia do domu, ale zaraz stwierdzają, że Tosi nie ma, pani R też rozgląda się po sali, nieco zagubiona, wreszcie wstaje, idzie do jednego kąta, idzie do drugiego, zagląda za wózki, zagląda za fotel, wszystko trochę jakby w zwolnionym tempie. A we mnie dwa nurty: nurt racjonalny mówi spokojnie, przecież musi gdzieś być, przecież nie wyszła sama z przedszkola, ani nikt jej nie wziął, pewnie jest w kibelku i robi kupę; i nurt emocjonalny - robi mi się na przemian gorąco i zimno, zaczynam się pocić, a nogi mi drętwieją.
Pani R najwyraźniej podąża za moim nurtem racjonalnym, bo kieruje swe niespieszne kroki do toalety, ale tam Tosi też nie ma. Teraz już widzę, że i jej zaczynają się udzielać moje emocje. Staje przede mną lekko bezradna, coś przebąkuje pod nosem, że przecież Tosia musi tu być, no bo była, wreszcie wpada na pomysł, że zajrzy do sąsiedniej sali, tylko prosi mnie, żebym popilnowała reszty dzieciaków, bo wszak nie mogą zostać same.
Po chwili wraca z informacją, że Tosia jest w jedynce. I tyle. Ani słowa wyjaśnienia, że już o przepraszam nie wspomnę. Zamierzałam pociągnąć temat, patrzę na nią wyczekująco i słyszę jedynie: z nami była tylko na obiedzie.
??????
I zaraz widzę moje dziecko, leci do mnie, wyciąga rączki, zapłakane, wystraszone, coś mamrocze, że nie chce tu już chodzić, żeby ją zabrać do domu. Łapię małą i przytulam bardzo mocno, próbuję pocieszyć, ale całe popołudnie i wieczór jest nieswoja, a o przedszkolu w ogóle nie chce mówić.
Mąż złości się i krzyczy, pyta czemu im nie zrobiłam awantury. Po pierwsze, sama byłam w szoku, jeszcze teraz nie mogę uwierzyć, że coś takiego mogło się stać. Po drugie, nie chciałam reagować impulsywnie, a byłam zbyt zdenerwowana, jeszcze bym głupot narobiła. Po trzecie, musiałam się zająć uspokojeniem Tosi, to było dla mnie najważniejsze.
Ale cały czas myślę o tym zajściu i spokoju mi to nie daje. Jak to możliwe, że laska, której ludzie powierzają swoje dzieci pod opiekę, do tego stopnia traci kontrolę nad sytuacją, że nie zauważa w przeciągu mniej więcej dwóch godzin, że w jej grupie kogoś brakuje? W dodatku zna Tosię dobrze, więc miks grupowy jej nijak nie usprawiedliwia. I jak to możliwe, że inna wychowawczyni nie zauważa, że ma w swojej grupie nagle dodatkowe dziecko, którego nie zna i wcześniej nie widziała? Co więcej, jak to możliwe, że ma u siebie 'obce' dziecko, które cały czas płacze i jest przerażone, bo nagle znalazło się samo wśród zupełnie nieznanych dzieci i z nieznaną panią i ona z tym nic nie robi?
Wiem jedno: w przedszkolu prywatnym taka sytuacja jest niemożliwa.
A jak dodam do tego takie dwa kwiatki, które też mi ciągle po głowie chodzą i życie zatruwają, a mianowicie to, że wiele już razy słyszałam od moich dzieci, że owszem, to i owo było serwowane, zgodnie z jadłospisem, ale im akurat w udziale nie przypadło oraz to, że jedna z pań Tosi permanentnie zamiast zajmować się dziećmi (rano, przy wejściu, kiedy nadal jeszcze bywa trudno rozstać się z mamą, ale też i po południu, kiedy przychodzę po Tosię) uzupełnia dziennik, albo przygotowuje sobie jakieś materiały, kiedy więc dodam jeszcze i te argumenty, nasze państwowe przedszkole wypada blado przy prywatnym, do którego chodzili wcześniej. Mimo, że wcale nie uważałam go za ideał.
Zastanawiam się co powinnam teraz zrobić? Nie chcę się awanturować, nie szukam też przeprosin, bo co mi po nich, a po całej sprawie czuję taki niesmak, że nawet nie bardzo mam ochotę rozgrzebywać ją dalej. Myślę sobie jednak, że nie mogę tego tak zostawić. Przed nami święta, majowe weekendy, w końcu sierpniowy dyżur, na który bardzo liczyłam. Znowu będą problemy z frekwencją, znowu połączą grupy, wymieszają dzieci, a laski znów pójdą po najmniejszej linii oporu i ograniczą się do minimum w swoim pedagogicznym obowiązku. Jeśli teraz przemilczę tę sprawę nie dam przedszkolu szansy na poprawę, prawda? Chyba powinnam spróbować powalczyć o lepszą opiekę dla dzieciaków? Tylko czy to nie naiwność?
I czy to nie irytująco dziwne, że w XXI wieku przedszkola nadal są przede wszystkim przechowalniami, a nie przyjaznymi, prawdziwie oddanymi sprawie rozwoju i edukacji dzieci drugimi domami?
m
|