Opowieści dziwnej treści o Janku, Tosi, Mani i nie tylko...
RSS
czwartek, 15 września 2011

Właściwie trudno polubić wrzesień. To koniec lata i wolności, początek kieratu i ohydnej pogody. Nieunikniony wstęp do znienawidzonej przeze mnie części roku, tej zimowej, sennej, nudnej i okropnie rozwleczonej, bleeeeeeeeeeeeee.

Wrzesień to początek szkoły. Nie no, moje dzieci jeszcze nie w szkole, ale za rok się zacznie i logistycznie ta kwestia już mnie paraliżuje. Doprawdy nie wiem, jak zdołam pogodzić pracę na etacie 7.30-15.30, bo w końcu będę musiała do niej wrócić, z maluszkiem w domu, jednym dzieckiem w przedszkolu, a drugim w szkole. Nawet jeśli wybiorę szkołę położoną o parę kroków od przedszkola, skazując tym samym Janka i całą resztę rodziny na stres związany z trójzmianowym systemem w tejże, nie uchronię dzieci od koszmaru długiego oczekiwania na mamę. Dylemat z gatunku jak zrobić, żeby było sprawiedliwie mam z głowy, będę przychodzić na zmianę: raz najpierw po Tosię, raz po Janka, co nie zmienia faktu, że najbardziej poszkodowana będzie Mania. NIE. Ten problem muszę jeszcze raz gruntownie przemyśleć, musi być jakiś sposób...

Kto pamięta jak psioczyłam na samorządowe przedszkola i Ruczaj bardzo pod tym względem bezlitosny? Los się do nas uśmiechną, głównie za sprawą mocno wyśrubowanych stawek, które odstraszyły kilkoro rodziców, i tak oto stało się: zwolniło się miejsce dla Tosi. Tak więc moje dzieci opuściły sektor prywatny i znalazły bezpieczne schronienie pod skrzydłami placówki państwowej. Finansowo ciut lżej, a jak stawki obniżą, to nawet zdołam odczuć różnicę, za to stresu nagła ilość. Moje dzieci, które zawsze do przedszkola szły jak do drugiego domu i NIGDY nie serwowały mi rozterek z cyklu: mamusiu ja tu nie chcę zostać, mamusiu zabierz mnie do domu, przyjdź jak najwcześniej itede, nagle zaczęły płakać, spazmować, histeryzować i w bardzo boleśnie odczuwalny sposób odreagowywać przedszkolny stres. Niby jest już lepiej, ale nadal nie jest dobrze. A jak się zajrzy głębiej to aż serce boli. Miewamy zatem trudne dni.

Od wtorku wracam do pracy. Stopniowo, wolniutko, tylko parę godzinek tygodniowo, ale jednak nerwy w napięciu, zwłaszcza, że Mania ani dobrze nie sypia, ani butelki nie poważa. Nie zniknę z domu na dłużej niż trzy godziny, w najgorszym z układów, ale i to może być za długo na tym etapie Maniowego spojrzenia na sprawę. Co zrobić, muszę, zwłaszcza, że jest to jedyny sposób na mój ewentualny późniejszy powrót do stałej pracy. Bo jakoś nie wyobrażam sobie zostawienia pięciomiesięcznego niemowlęcia, w dodatku karmionego wyłącznie piersią, nawet pod najczulszą opieką najwspanialszej z babć. I w ogóle rośnie jeszcze bardziej mój podziw, ale i zdumienie wobec matek wielodzietnych, wielozadaniowych i wieloetatowych jednocześnie. Ja kompletnie nie pojmuję jak można pogodzić sprawowanie opieki nad trojką bądź co bądź maluchów z pełnowymiarową pracą, że o dbaniu o należyte funkcjonowanie ogniska domowego nie wspomnę.

Czy to życie nie jest zbyt ciężkie? I w dodatku nieprzyjemne. Ile się człowiek natrudzi i nagłowi, ile nerwów zje zanim przeprowadzi swoje małe stadko przez kolejne szczeble edukacji. I odwieczny mój dylemat: po co mieć dzieci skoro nie można się samodzielnie nimi zająć, bo wciąż trzeba pracować. Nie zadowala mnie opcja, że dane mi będzie pomatkować w stopniu mnie satysfakcjonującym dopiero moim wnukom. Wyniszcza mnie świadomość znikomej ilości czasu jaka zostaje nam na bycie razem oraz faktu, że pani z przedszkola/szkoły spędza z moimi dziećmi więcej czasu niż ja, możliwe więc, że i wpływ na nie ma większy. Irytuje mnie to, że z dwóch babć, ta, którą ja chętnie widziałabym w roli opiekunki moich dzieci jest do tego pomysłu nastawiona cokolwiek sceptycznie, natomiast ta druga aż kipi chęcią zaopiekowania się moimi pisklakami. O losie, prześmiewco cyniczny.

Jak widać, wcale nie mam pragnienia powrotu do pracy. Ambicje zawodowe: ZERO, praca tylko przeszkadza mi w życiu. Ale co zrobić, rodzina ma swoje potrzeby, a te najbardziej podstawowe zaspokoić pozwala tylko praca. I tego faktu też nie cierpię.

Ogólnie więc miewam się świetnie i optymizmu mi nie brakuje. I z każdym dniem będzie lepiej, w końcu zima idzie.

 

m

23:06, kermixx
Link Komentarze (2) »
sobota, 20 sierpnia 2011

Od czego by tu zacząć? Że Mania już skończyła miesiąc i ani się zorientowaliśmy a już przeistoczyła się z maleńkiego bezbronnego noworodka w pulchniutkiego niemowlaka. Że za nami dwa ciężkie tygodnie próby, bo przedszkole zrobiło sobie wakacje, a ja za wszelką cenę chciałam dzieciakom umilić ten czas, więc dwoiłam się i troiłam, żeby każdy dzień wykorzystać na maksa. Że w efekcie tegoż jestem potwornie zmęczona, kąty zaniedbane, zapuszczone, masa tematów czeka aż wreszcie ruszę z kopyta w poniedziałek, ale przynajmniej udało się nam dorzucić do kolekcji wspomnień kilka naprawdę fajnych chwil. I wreszcie, że choć bardzo tego nie chcę, to wciąż od nowa przeżywam ogromne rozczarowanie pewnymi życiowymi prawdami.

Zresztą nieważne.

Moje dzieci są boskie. Uwielbiam być ich mamą. Miewamy, rzecz jasna, chwile gorsze, a nawet momenty zwątpienia, ale szybko zamieniamy je w sukcesy. Fajnie nam razem. Bałam się tych dwóch tygodni, ale zupełnie niepotrzebnie.

Trochę to głupie, ale nachodzą mnie myśli, że żal mi Mańki, bo taka jeszcze nieobecna w naszym byciu razem. Chciałabym już czasami żeby była na tyle duża, żaby mogła razem z nami śmiać się i bawić, żeby i jej pokazywać świat, i z nią rozmawiać.

A z drugiej strony rozkoszuję się jej niewinnością, nieskażonym maleńkim bytem, nieświadomością otaczającej ją rzeczywistości, zawieszeniem w innym wymiarze. Patrzę na maleńką istotkę i myślę sobie, że z nią mogę jeszcze wszystko, jest jeszcze czystą tabliczką, i dopiero zaczynamy nieśmiało zapisywać na niej pierwsze literki. I wszystko jeszcze mogę napisać, tak jak będę chciała, jak uznam, że będzie najlepiej. Choć to oczywiście bzdura, bo oprócz mnie jest cały kosmos zdarzeń i ludzi, którzy też odcisną swoje ślady na tej maleńkiej tabliczce.

I tu coś jakby osiągam sedno moich dzisiejszych rozważań. Bo oto doświadczam pewnego emocjonalno-metafizycznego bólu rodzica, któremu wydaje się, że jego dziecko jest w ideologicznym sensie jego własnością, znaczy się, może je samodzielnie ukształtować i niejako zaprogramować na bycie takim czy innym człowiekiem, poprzez odpowiednie wychowanie i dostarczanie wyselekcjonowanych bodźców. Kiedy komuś rodzi się dziecko to ten ktoś bierze za mnie pełna odpowiedzialność i myśli: będziesz taki, będziesz robił to i to, a tego i tamtego nie, uchronię cię przed całym złem tego świata, nie dam ci doświadczyć negatywnych stron życia.

Patrzę na moje śpiące dzieci,  na Jaśka pięciolatka, i nawet na zaledwie trzyletnią Tosię i wiem, że są już tak bardzo nasiąknięci życiowym smrodkiem, tyle już doznali gorszych chwil, tak się już ich tabliczki zabrudziły, zarysowały, że nie ma szans na to, żebym zdołała wszystko wyczyścić i zacząć od nowa. Tu nie ma opcji reset.

I tej najmłodszej tabliczki też nie uda mi się uratować przed rysami. Bez względu na to jak bardzo bym chciała, mimo wszelkich moich starań. Niby takie to oczywiste. Naturalne. Ale trudno mi się pogodzić z tym faktem.

 i jeszcze Mania w trzech odsłonach

m

23:00, kermixx
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 08 sierpnia 2011

Doświadczona matka oczywiście wie, że wróg czai się za każdym rogiem i nie ma się co łudzić, że choć środek lata i pogoda nawet znośna, to ZŁE ominie ją i jej potomstwo.

A jednak poczułam się bardzo nieprzyjemnie zaskoczona. Chorobą. Która jak zwykle przyszła w najmniej odpowiednim momencie. Bo chyba zrozumiałym jest, że mając w domu dwutygodniowego (wówczas) noworodka i stopniowo odzyskując status quo oraz powoli acz wytrwale i konsekwentnie odbudowując ducha i morale załogi, nie spodziewałam się takiego ciosu. No ale...

Daruję sobie szczegóły, nie chcę rozpamiętywać zdarzeń ostatniego tygodnia, ani walki mojego synka z chorobą. Na szczęście co złe, to za nami.

Tyle tylko, że niespodziewanie szybko przyszło mi stawić czoła bardzo bolesnym dylematom matki wielodzietnej: zostać z jednym w szpitalu, trzymać za rękę i pocieszać ciepłym słowem, czy gnać do maleńkiej, która przecież beze mnie jak beze mnie, ale bez moich atrybutów kobiecości żyć nie może. A w tym wszystkim jeszcze znaleźć choćby chwilkę dla tej środkowej, ani nie chorej, ani nie absolutnie potrzebującej, a jednak, jej też się przecież należy. Dużo nerwów i stresu. Dużo bieganiny, ciągły pęd. Zbyt dużo głupiego poczucia winy. Męka, prawdziwy matczyny ból, że jestem tylko jedna, a ich troje i każde gdzie indziej, a z każdym chce się być.

Na szczęście trafiliśmy na dużo ludzkiej życzliwości i jakoś przetrwaliśmy pierwszą wielką próbę. Ale teraz wiem jeszcze bardziej niż przedtem, kiedy wszystko było tylko teorią: chorób boję się bardzo, bardziej chyba niż czegokolwiek innego. Matka, każda jedna, ale ta wielodzietna jeszcze bardziej, do przetrwania dziecięcych chorób potrzebuje nadludzkich sił.

 

Zdrowia życzę!

m

23:24, kermixx
Link Komentarze (1) »
czwartek, 28 lipca 2011

Moja najmłodsza córka skończy jutro dwa tygodnie.

Trochę niespodziewanie. Nie do końca tak jak było planowane. Dla mnie ciut za wcześnie, oczywiście nie zdążyłam z praniem, prasowaniem, czyszczeniem, sprzątaniem, nie przygotowałam męża i dzieci na te kilka dni beze mnie, nie pojechaliśmy na ostatnią weekendową wycieczkę itede.

I dobrze.

Po raz pierwszy udało mi się przeżyć poród nieplanowany, bez wyznaczonego terminu i skierowania do szpitala, bez spakowanej torby, przygotowanych ubranek dla dzidzi, a za to z nasilającymi się skurczami (pod koniec, zanim dotarłam na stół do c.c., skurcz za skurczem, ból nie do wyrażenia, o czym zresztą prawie każda matka wie), z odejściem wód (wreszcie wiem jakie to uczucie) i całą resztą składajacą się na jeden wielki element ZASKOCZENIA.

Bo Mania nas zaskoczyła swoim nagłym exodus. I radośnie wkroczyła w nasze życie 15 lipca o 19.58. Przynosząc nam falę ciepła i wyrozumiałości, spokój i harmonię.

 

- Chciałbym, żebyś już poszła z nami do domu. Ty i Marianka.

- Jeszcze nie mogę synku, zobacz jaką mam ranę na brzuchu.

- A kiedy będziesz mogła? Za ile dni?

- Może w poniedziałek, albo we wtorek.

- Nie, musisz wyjść za jeden dzień. Obiecaj.

 

- Narysuję ci kwiatka. (to drugi w życiu kwiatek jakiego narysował dla mnie syn)

 

- Chcesz ciasteczko?

- Nie. Chcę żebyś wróciła do domu.


To bolało najbardziej. Oraz dziwny niepokój Tosi, jakieś zupełnie nowe jej oblicze.

Na szczęście etap szpital mamy już za sobą. A w domu... jest dobrze. Jest maleńka Mania, mój trzeci CUD, rozbrajający noworodek. Jest normalnie, dzieci biegają, trochę hałasują, trochę się kłócą, trochę psocą, ale kochają się bardzo i od razu pokochały tę maleńką siostrę. Tak jak się to zapowiadało kiedy była jeszcze brzuszkiem mamy.

Po powrocie z przedszkola pierwsze co, to lecą do łóżeczka Mani sprawdzić jak dzidziek. Codziennie muszą ją 'potrzymać', opowiadają jej o sobie i o tym co robili w ciągu dnia, całują, gładzą delikatnie maleńką główkę. Wtedy jestem po prostu szczęśliwa.

Poświęcamy im maksimum czasu. Może dzięki temu nie odczuli się zepchnięci i nie zrodziła się w nich niechęć do małej. A może po prostu tak miało być. Miała przyjść i przynieść nam dużo dobrego. Ta trzecia, nie zupełnie planowana. A mimo to wyczekiwana i bardzo kochana.

 

m


13:28, kermixx
Link Komentarze (6) »
wtorek, 12 lipca 2011

Mam szczególny rodzaj poczucia winy, taki blogowy niesmak, że tak dłuuuuuugo nie piszę, że tyle spraw, i maleńkich i przełomowych niemalże, nie znajduje odbicia w blogowych kronikach, nawet, że jakoś życie mi umyka, a przynajmniej pamięć o życiu. Ale co poradzić, prawda jest taka, że moja doba jest stanowczo za krótka, a zapasy sił zdecydowanie za małe. Choć myli się ten, kto pomyślał właśnie: no tak, lasia w końcowej fazie ciąży nr 3, nie ma się co dziwić, pewnie głównie leży i czeka, aż sprawy przybiorą korzystniejszy (??) obrót. Rzeczywistość jest z goła odmienna. Dawno już nie miałam takiego bilansu chwil pracy i spoczynku - pierwsze miażdżą drugie siłą torpedy. Moja obecna moc przerobowa przeraża momentami mnie samą. A co najgorsze - cały czas przede mną tyle do zrobienia w tym tak już topniejącym czasie jaki mi pozostał do porodu, że jak tylko sobie to uzmysławiam zaczynam pędzić, przeć z robotą jeszcze bardziej.

A wczoraj na ktg  (37 t.c.):

- Jakieś skurcze się tu pani piszą. Nie czuje ich pani?

- NIE!

Jadąc do domu pomyślałam, że czas zwolnić, jeszcze ze dwa tygodnie powinnam wytrzymać. Ale wystarczyło przekroczyć próg mieszkania i od nowa nabrałam rozpędu.

***

Byliśmy na wakacjach. Mini wakacje w mini wydaniu, ale pełna byłam oczekiwań co do tych paru dni razem w innej rzeczywistości. Chcę się nacieszyć byciem z dzieciakami, zrobić jeszcze kilka fajnych rzeczy razem, dać im jak najwięcej siebie, zanim na chwilę stanę się mamą mało wydajną i nieciekawą. Ciągle zresztą planuję weekendowe atrakcje i wyjazdy, świadoma tego, że przez jakiś czas po porodzie nie będę miała im wiele do zaoferowania. A tymczasem pogoda nieustannie gra mi na nosie. I na nerwach. I tak nasze maleńkie beskidzkie wakacje popłynęły z ulewnym deszczem, dodatkowo w bardzo niehumanitarnej jak na początek lipca temperaturze. Główne atrybuty to parasole i kalosze, po dwie bluzy pod kutrką (ok, cieńką kurtką - nie przyszło mi jednakże do głowy pakować na lipcowy wyjazd zimowe kutrki!), ale nie było tak źle, postaraliśmy się o dobre humory i maksymalne wykorzystanie sytuacji mimo wszystko. I trafił się nawet jeden słoneczny dzień w Cieszynie. Czym się bardzo ucieszyliśmy :-)

***

Domowo. Jest dobrze. Dzieci toczą ze sobą co prawda regularne walki, głównie wieczorową porą, kiedy już zmęczenie daje o sobie znać, ale potrafią też coraz fajniej się ze sobą bawić i dogadywać. Mój świeżo upieczony pięciolatek wyrasta na bardzo wrażliwego i coraz częściej niespodziewanie wyrozumiałego starszego brata. Bardzo mi się podoba w takim wydaniu. O tych gorszych chwilach pisać nie chcę, mam nadzieję, że  miną, być może maleńka siostra pomoże rozładować napięcia między straszym rodzeństwem. Ktoś mnie zapewniał, że tak bywa i mocno w to wierzę.

Nie mogą się już doczekać tej nowej siostry. Każde na swój sposób interesuje się maluszkiem, nie ma dnia, żeby nie przytulali sie do brzuszka, nie całowali dzidźka, nie wypytywali o różne szczegóły. Chciałabym, żeby tak już zostało, żeby nie nadszedł moment kryzysu i brak akceptacji dla zmiany jaka nas czeka. W końcu oni dopiero uczą się żyć razem ze sobą, we dwoje, i dzielić się mamą. A teraz przyjdzie im jeszcze pogodzić się z faktem, że kolejny kawałek mamy trzeba wykroić dla następnego członka rodziny. Uczuciową zaborczość przekazałam im chyba w genach, więc łatwej drogi się nie spodziewam, ale nie tracę nadziei.

***

Od jakiegoś już czasu mamy wyraźnie fazę twórczą. Janek namiętnie rysuje i robi to coraz lepiej. Z radością patrzę jak ubywa kartek z kolejnej ryzy, dzieła syna znajduję w każdym zakątku domu, jeszcze chwila i bedę musiała wynająć jakiś magazyn, żeby mieć je gdzie przechowywać. Lubi kolory, jak ja, tworzy bardzo kolorowe obrazy. Tosia też dobrze rysuje, ale jej domeną jest słowo. Mówi bez przerwy, opowiada, pyta, śpiewa. Ma fantazję i zadatki na bajkopisarza. Wymyśla takie historie, że w dorosłej, poukładanej głowie brak na nie miejsca, potrafi "czytać" całe opowiadania, zarzuca nas treścią, której nie nadążamy przetwarzać. Ale jej to wcale nie przeszkadza.

Codziennie powstają też nowe hity, których zagoniona mama niestety nie daje rady na bieżąco rejestrować, więc giną w kosmicznej przestrzeni. A szkoda, bo fajne.

To dwa ostatnie:

- Janku, czy Alek jest od ciebie starszy?

- Tak, ale nie dużo. Jakieś pięć metrów.

 

- Co tam masz Tosiu?

- A, takie fajne karty z kun-gu pandą.

 

Czas wywiesić pranie. Ugotować obiad. Odkurzyć. Podlać kwiatki. Odebrać dzieciaki z przedszkola. Na popołudnie mamy w planach kino.

 

m

13:06, kermixx
Link Komentarze (5) »
wtorek, 24 maja 2011

Czy wiecie, że mama noworodka i niemowlaka, ale tylko taka mama, tkwi w innym wymiarze niż pozostałe mamy? W sensie, że jest taką nieco, a może nawet całkiem inną mamą niż reszta mam.

Bo ja to wczoraj odkryłam. Siedziałam w poczekalni, czekałam na dzieci, przeglądałam czasopisma. A wśród nich magazyn dla przyszłych i młodych mam/rodziców, stary i trochę przymęczony, ale pomyślałam, że dawno już nie miałam do czynienia z tą materią, a za dwa miesiące znów stanę oko w oko z wyzwaniem o kryptonimie NOWORODEK, to sobie poprzeglądam, co tam ciekawego piszą.

Tylko pozornie wydawało mi się, że wszystko wiem, na każdą okoliczność jestem przygotowana, w końcu jak by nie było mam dwójkę względnie odchowanych dzieci. Nie zaskoczą mnie problemy pieluch, kupek, zupek, wysypki, kolki i czym popsikać latem żeby komary nie zeżarły żywcem. Tylko pozornie czuję się zwarta i gotowa, wyposażona w oręż pięcioletniego doświadczenia.

Rodzaje smoczków i ich wpływ na trawienie, absolutnie niezbędne leki i kosmetyki - jak to się stało, że wychowałam dwójkę dzieci nie używając przynajmniej połowy z nich?, problemy z przejściem od mleka matki do sztucznego, a następnie przejście na pokarmy inne niż mleko, oczywiście odwieczny i wszędobylski dylemat matki wracającej do pracy: jak, gdzie i KIEDY?, wybór niani, czy może babcia, wakacje z maluszkiem, ochrona przed słońcem, rodzaje wózków, tata w życiu malucha, ubranka na wielkie wyjście i na szczęście więcej już przejrzeć nie zdążyłam. Bo i tak poczułam się jak kosmitka. Czy może raczej znów stanę się kosmitką, po raz kolejny przemierzając obszary wczesnego macierzyństwa.

Chodzę osiedlowymi szlakami. Zakupy, spacery z dziećmi, psem, codzienna gonitwa. Widzę ich całe rzesze. Obserwuję je, przyglądam się z ukrycia, rejestruję, analizuję, trawię. Młode mamy z wózeczkami, chodzą wszystkie tymi samymi ścieżkami, ścieżkami młodych mam, czasem solo, czasem w parach - wtedy dochodzą jeszcze rozmowy,wymiana doświadczeń, cenne rady, porównania. Chodzą w swoje miejsca, robią swoje zakupy, wszystko w świecie młodych mam. Są inne niż my, jakieś czyste, świeże i nieskalane.

Ciągiem dalszym, przyszło mi do głowy. Buntem dwulatka. Przedszkolnymi rozterkami. Pierwszymi słownymi potyczkami. Bójkami i kłótniami starszego z młodszym. Coraz bardziej rozrastajacym się JA, coraz mocniej buchającymi emocjami.

Wszystko jest oczywiście kwestią czasu i każda z mam musi przejść kolejno przez wszystkie etapy, chyba jednak nigdy później nie jest już tak, że się człowiek znajduje w tak odmiennym od innych wymiarze. 

Choć mogę się mylić, wszak nigdy jeszcze nie byłam dalej niż matka pięciolatka.

 

m


23:24, kermixx
Link Komentarze (3) »
czwartek, 19 maja 2011

Moja córka skończyła dzisiaj trzy lata. Niebywałe. Dla mnie, oczywiście, bo dla całej reszty świata to rzecz jak najbardziej naturalna. A ja wciąż nie mogę uwierzyć, że ta dziewczynka jest już taka duża.

Urodziny zawsze nastrajają mnie nostalgicznie i refleksyjnie. Ale nie zamierzam zadręczać łączy tymi tematami. Zresztą nie mam czasu na epistoły, studiuję właśnie chochelkowe przepisy, w sobotę muszę znów zabłysnąć kulinarnie na rodzinnej imprezie. Czemuż, ach czemu nawet w siódmym miesiącu ciąży muszę się poddawać takim stresom?

A moja córka trzylatka jest cudownym, najsłodszym mega uparciuchem na całym globie, prześlicznie się uśmiecha, fantastycznie szczerze i z pełnią wdzięku docenia całą masę drobiazgów, które los jej daje w prezencie (przy małej pomocy rodziców), okropnie się złości i nieugięcie stawia na swoim.

To tak, żebym ją zawsze pamiętała taką jaka jest teraz. Bo pewnie lada moment znów się zmieni.

 

m

23:53, kermixx
Link Komentarze (2) »
wtorek, 26 kwietnia 2011

Święta to dla mnie czas taki sobie. Metafizycznie relacja żadna, resztki przywiązania do tradycji, za to ciężkie momenty rodzinne, dylematy i wymuszone uprzejmości. Staram się upraszczać sprawę do koniecznego minimum i robić to, co już naprawdę i absolutnie muszę. Dochodzi do tego, że nie bardzo nawet lubię składać świąteczne życzenia, choć - o paradoksie - miło jest je otrzymywać. Ale z życzeniem komuś wesołego i dobrego się nie kwapię, bo niby czemu mam życzyć właśnie w te dni, skoro taka już jestem, że tym, których lubię zawsze dobrze życzę.

Żałuję natomiast, że świąteczna gorączka mnie nie omija jeśli idzie o szeroko zakrojone porządki, dodatkowo wymuszone ogólnym pobudzeniem do życia i świeżości jakie wywołuje we mnie wiosna. Padam więc regularnie ofiarą wiosenno-wielkanocnego sprzątania i daję wycisk otoczeniu. Nie tylko nieożywionemu, niestety. Mężowi też się obrywa, a nawet dzieciom. Niby wytrwale toczę walkę z samą sobą i uczę się funkcjonować sprawnie w chaosie, ale co się będę oszukiwać, o ileż lepiej jest  otaczać się harmonią. Szkoda, że moi bliscy niekoniecznie się ze mną zgadzają.

Ale nie o tym chciałam pisać. Bo te świąteczne dni po raz kolejny pozwoliły mi odkryć dwie prawdy. Po pierwsze: mam fajną rodzinę, a moje dzieciaki są po prostu świetne. Szkoda, że na co dzień zdarza mi się o tym zapominać. Żałuję tym bardziej, że przecież, fakt faktem, zdarza mi się zapominać przez trudy i wyzwania brutalnej codzienności, ale jednak potrafię być taką zołzą, że aż strach pomyśleć. A przecież te świetne dzieciaki zasługują na więcej wyrozumiałości, niż jestem im w stanie w tych cięższych chwilach zapewnić.

I po drugie: człowiek jest osłem, który wciąż się uczy, a i tak wciąż popełnia (te same) błędy. W piątek i sobotę miałam chwile kryzysu, kiedy myślałam, że nie wytrzymam trzech dni świąt z moją rodziną. Praca, przedszkole, obowiązki i dziesiątki spraw do załatwienia jakoś nas organizują i pozwalają utrzymać w regule schematu, a trzy zupełnie wolne od wszystkiego dni mogą się jawić jak cała wieczność na pustyni. Spanikowałam. Oczywiście zupełnie bez sensu. Z dnia na dzień było coraz lepiej, a wczoraj wieczorem już mocno żałowałam, że to koniec. Fakt, że i my i dzieci potrzebowaliśmy chwili, żeby się przestawić na inny tryb współegzystencji, ale koniec końców wszystkim wyszło to na zdrowie, przekonaliśmy się, że bycie razem to stan rzeczy, który najbardziej nam odpowiada i naprawdę da się bardzo miło spędzić wspólne chwile.

Zobaczymy na jak długo wystarczy mi tej wiedzy, już za parę dni pierwszy sprawdzian.

 

A święta chyba nie są aż takie złe.

 

 

Jutro Trzeci będzie miał kolejną szansę na płciową odsłonę, bo póki co trzyma nas w napięciu. Nie wiemy kim jest, więc nie mamy jeszcze wybranego imienia (choć pewne typy już są). Ja co prawda podświadomie czuję, że to chłopiec, Janek prosi wręcz o brata, Tosia natomiast twierdzi, że chce dzidźka, a płeć zdaje się nie grać dla niej żadnej roli. Jutro może wreszcie się dowiemy z kim tu mamy do czynienia, chyba, że Trzeci postanowi do końca się nie ujawniać. To dla mnie nowość, w przypadku Jasia i Tosi dużo wcześniej wiedziałam kim są. Nieokreśloność Trzeciego specjalnie mi nie przeszkadza, może dlatego, że mam pełny garnitur płciowy progenitury. Znajomi jednak coraz częściej pytają, niektórzy nie dowierzają, że jeszcze nie wiem, inni spekulują tworząc bardzo niekiedy ciekawe teorie. Cóż, ani po moim wyglądzie, ani po kulinarnych inklinacjach nie da się niczego wywnioskować, co mogę z całą pewnością stwierdzić ja, główna zainteresowana, jako że dwie wcześniejsze ciąże, choć w kwestii produktu końcowego skrajnie różne, w zakresie przebiegu i wyglądu niczym się nie różniły. Trzecia zresztą też od nich nie odbiega. Ale naturalnie grzecznie wysłuchuję wszelkich sugestii, chwalę pomysły, a swoje i tak wiem.

Brak danych na temat płciowej przynależności Trzeciego wcale mi nie doskwiera, co nie zmienia faktu, że na każde usg pędzę w nerwach i ze ściśniętym z napięcia gardłem. Dostaję podejrzanych wypieków i ręce mi lekko drżą, ciśnienie skacze w górę, a głos się łamie. Ciekawe czy przy którejś z kolei ciąży też jest tak samo?

No to do jutra.

 

m

13:18, kermixx
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 14 kwietnia 2011

Jestem naiwna, być może. Głupia, niech i to będzie.

Po raz trzeci w życiu moim i moich dzieci starałam się o ich przyjęcie do przedszkola samorządowego.

Stawka niemała. Co prawda z aktualnego przedszkola jestem generalnie zadowolona, a przede wszystkim moje dzieci bardzo lubią tam być - co może być ważniejszym wyznacznikiem? Tyle, że finansowo różnica pomiędzy przedszkolem prywatnym a samorządowym jest, subtelnie rzecz ujmując, miażdżąca.

A zatem, po raz trzeci zaliczyłam epizod pod tytułem: rekrutacja przedszkolna. Już bez emocji towarzyszących pierwszemu z tychże, i bez goryczy , którą próbowałam zagłuszyć wiarą w moc drugiego podejścia. Na chłodno, na luzaku. Ale i z nadzieją tlącą się w czeluściach mojej jedynie na pozór super racjonalnej psyche. Myślałam oto tak: Jaśka mi muszą przyjąć, bo pięciolatek. Obowiązek obowiązkiem, więc spoko. A Tośka, no cóż, poleci jako rodzeństwo, może, nie rozdzieliliby przecież rodzeństwa, chyba ...

 

Rozdzielili. Jedno na listę przyjętych. Drugie na poniewierkę. Żadna z trzech wskazanych placówek nie znajdzie u siebie miejsca dla mojej małej Antoninki.

 

Fanfary!

Brawa!

Owacje na stojąco!

 

Nie, no, naprawdę wierzę w system.

Nasz piękny kraj szczyci się hasłami takimi jak polityka prorodzinna. Zapraszam do Krakowa. Proszę mi tu wskazać oznaki polityki prorodzinnej. Najbliższy plac zabaw w promieniu 500m plus; w bliższej i dalszej okolicy państwowego żłobka brak (na cały Kraków jest ich KILKA), przedszkola, owszem, są, duże, ładne, nowoczesne, ale miejsce dla nich znajdują pięcio i sześciolatki, a jak już tworzy się oddział młodszy, mieszany - 3 i 4-latki, to dla grupy dzieci, która z marszu dostaje w rekrutacji bijącą na łeb na szyję całe rzesze 'zwyczajnych' małych kandydatów liczbę punktów (dzieci samotnych matek i z upośledzeniami), szkoły - już wiadomo, że system zmianowy nas nie ominie, a w najbliższej naszemu domowi zmiany będą TRZY. Czy ktoś sobie wyobraża sześciolatka z tornistrem zapindalającego do szkoły na piętnastą czterdzieści pięć? Świetlica, jest, rzecz jasna, mała, ciasna i do bólu przepełniona. Ale niech się pani nie martwi, świetlica to tak do drugiej, góra trzeciej klasy, później dzieci już same zaczynają chodzić do szkoły. A nie, no to spoko, rok, czy dwa, w porywach do trzech jakoś przebiedujemy. Przychodnia, no tu nie mogę narzekać, najbliższa jakieś 1,5 km od domu, stale przepełniona, ale ma to i swoje zalety. Wraz z wirusami i bakteriami można powymieniać poglądy, jak się trafi jakiś ciekawy wygadany rodzic.

Urlop macierzyński to w najlepszym razie 22 tygodnie (nie liczę przypadku duetu), potem trzeba malucha z kimś zostawić, bo praca czeka. Jestem niesprawiedliwa, wszak państwo daje możliwość skorzystania z trzyletniego urlopu wychowawczego, pod warunkiem, że kogoś na to stać, bo niestety wychowawczy jest bezpłatny. Jakby ktoś chciał wiedzieć co to tak naprawdę polityka prorodzinna, niech zobaczy jak sprawa opieki nad maluchem wygląda choćby we Francji czy w Skandynawii. U nas natomiast są opcje następujące: mocno dziany mąż lub kochająca babcia lub niania lub żłobek. Gdzieś pewnie można liczyć na samorządowy, w Krakowie nie bardzo. Prywatne wyrastają jak grzyby po deszczu, miesięczny koszt to jakieś 900 pln. Jak doliczę do tego drugie tyle za prywatne przedszkole to w zasadzie nie mam po co iść do pracy.

Ale kto ci, babo kazał rodzić trójkę dzieci?

 

Moje dzieci są z wyżu. Cóż, bywa, raz jest wyż, raz niż, my akurat trafiliśmy na fazę wzrostową. Rocznik Tosi jest jeszcze bardziej wyżowy niż rocznik Jasia, a zatem mogę dalej próbować się rekrutować, wiem już jednak, że dopóki Tośka nie wstąpi w poczet uprzywilejowanych obowiązkiem pięciolatków miejsca w przedszkolu państwowym nie ma co szukać. Co do rocznika Trzeciego danych jeszcze brak, ale ilekroć widzę laskę w ciąży, a zdarza mi się to ostatnio coraz częściej, niestety, tracę wiarę w do trzech razy sztuka.

Dzieci posyłam do prywatnego nie dla tego, że mogę sobie na to pozwolić. Prawda jest taka, że kosztuje mnie to sporo wyżeczeń. Samo dno prawdy jest takie, że właściwie mnie na to nie stać. Ale jaki mam wybór?

 

Nie jestem załamana. Wyniki tegorocznej rekrutacji mnie nie przybiły. Nadzieję, owszem, miałam, ale spodziewałam się takiego obrotu spraw. Nie potrzebuję pocieszenia, nie szukam dobrej rady ani ramienia do popłakania. Niech już tylko przestaną chrzanić o prorodzinnej polityce naszego kraju, nie chcę słyszeć tego bzdetnego, pustego hasła. Bo nie cierpię hipokryzji i obłudy.

 

Na koniec ciekawostka z osiedlowego marketu sieciowego, który, nota bene, serwuje całkiem niczego sobie wypieki. Na półce z ciastami jest między innymi smakowicie wyglądajaca szarlotka... z jabłkami. Nie inaczej!

 

m


22:19, kermixx
Link Komentarze (3) »
piątek, 08 kwietnia 2011

Właściwie dojrzewam już do momentu zamknięcia bloga na wieki, ale dojrzewam stopniowo, a w międzyczasie poczułam potrzebę wspomnienia o czymś zupełnie mnie rozbrajającym, a jednocześnie stanowiącym ewentualną rozczulającą pamiątkę dla ewentualnych zaglądających tu potomnych, więc jestem znów.

Dzieci coraz bardziej interesują się brzuszkiem. Są bardzo ostrożne, mimo, że wcale ich specjalnie nie uczulam na tym punkcie. Tosia bardzo lubi się do brzuszka przytulać, gładzić go, nawet całować. Janek mniej emocjonalnie, za to z typowym sobie spojrzeniem badacza docieka: a jak tam jest w środku, a co ten dzidziek tam robi, a jak on obecnie wygląda (bo świadom już jest pewnych etapów). Dzisiaj rano smaruję brzuch kremem, Janek (akurat) w łazience buduje jakąś stację z parkingiem, patrzy na mój bębenek, dotyka bardzo delikatnie i stwierdza:

- Nic nie czuję.

- Bo dzidziek nie rusza się przez cały czas. Poza tym siedzi w specjalnej bańce z wodą, cały czas pływa w wodzie. Jest dzidziek, woda, bańka i dopiero mój brzuch.

- Naprawdę, cały czas w wodzie?

- Tak.

- I ta bańka się rusza?

A minę miał wielce zaangażowaną.

 

Chyba zatem przyjmą Trzeciego ochoczo. Tak sobie myślę z nadzieją.

 

m


13:58, kermixx
Link Komentarze (3) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 16